Blog > Komentarze do wpisu

My we Wrocławiu i tak swoje wygraliśmy

Euro we Wrocławiu zrobił mecz Polska - Czechy. Nawet podczas wizyty Jana Pawła II w 1997 r. nie było w mieście tylu ludzi.
Z dworca głównego wylewały się tłumy, drogi dojazdowe zapchane były autami. 30 tys. miejsc w strefie kibica okazało się niewystarczające. W rynku zmieściło się 47 tys. osób. Do miasta zwaliło się 20 tys. Czechów i 100 tys. Polaków. Zarobili hotelarze. Miejsca za 250 zł sprzedawali po 2 500 zł.

Ale to było tydzień temu. Dziś jest już po wszystkim. Spokojnie, jakby w ogóle nie było u nas mistrzostw. W pustawej strefie kibica drażni głośna , wrocławianie marudzą, że przez płot strefy nie można się swobodnie poruszać po rynku. Miasto zastanawia się nad zmniejszeniem strefy.

Losowanie tak się ułożyło, że we zagrali nasi dobrzy znajomi z czasów komuny: Rosjanie i Czesi, a także Grecy (potomkowie greckich uchodźców z wojny domowej do dziś mieszkają na Dolnym Śląsku). Część kibiców była mocno rozczarowana takim układem grup, bo oczami wyobraźni widziała na murawie nowego stadionu Cristiano Ronaldo i Andrésa Iniestę. Musiała zadowolić się Andriejem Arszawinem.

Taksówkarze, którzy z zapałem uczyli się obcych zwrotów, zostali jak Himilsbach z angielskim, bo z braćmi Słowianami dogadywali się bez problemu. Gros kibiców stanowili Czesi, ale atmosferę radosnej zabawy zrobił we Wrocławiu Niemiec Albert Fuchs, elektryk z Bundeswehry zafascynowany rytmami karaibskimi. Wraz ze swoimi bębniarzami z Bambergu wprowadził w rytm samby kibiców wszystkich bawiących się we Wrocławiu - niezależnie od narodowości. Stworzył internacjonalną atmosferę życzliwości. Kiedy nagle odjechał, gdyż musiał wrócić do pracy - Plac Solny posmutniał.

Wrocławscy taksówkarze, dziewczyny z agencji towarzyskich i hotelarze poczuli, że nie ma już Euro, kiedy z miasta - po inauguracyjnym dla Wrocławia meczu z Czechami - wyjechali Rosjanie. Wrocław liczył na ich tygodniowe pobyty, ale okazało się, że pojechali kibicować swoim w .

Tylko Rosjanie dawali porządnie zarobić. Taksówkarze wyciągali pięciokrotność dniówki. Ale rosyjskie Eldorado trwało niespełna trzy dni. Drugie odbicie, czyli mecz - , mimo tłumów nie dał już takiej kasy ani taksówkarzom ani restauratorom. A właściciel największej w mieście agencji towarzyskiej, który postawił przy niej specjalne kontenerowe domki, żeby obsłużyć jak najwięcej klientów, po meczu był załamany. Chłopaki nie przyszli.

Część restauratorów w centrum zarabiała wyśmienicie. John Bull Pub mieszczący się u wejścia do strefy bił rekordy wypitego piwa - 1400 litrów w ciągu jednego dnia przed meczem Czechy - Rosja. Ale druga część właścicieli lokali klęła w żywy kamień, bo strefa kibica skutecznie ukryła ich puby i restauracje przed klientami. Popularny mini-browar Spiż miał o 80 proc. niższe obroty, niż w czerwcu ubiegłego roku. Jego szefostwo chce, żeby miasto zmniejszyło mu czynsz odpowiednio do poniesionych strat.

Mimo że Euro nie było manną z nieba, jakiej niektórzy się spodziewali, Wrocławiowi przyniosło korzyści, których bez tej imprezy nie miałby tak szybko.

To mistrzostwa zmusiły rząd do budowy autostradowej obwodnicy miasta, powstał nowoczesny terminal lotniska, poszerzono i wyremontowano drogi, mamy światowej klasy stadion, odnowiony został przepiękny dworzec główny.

Przed pięciu laty - gdy Wrocław wywalczył dla siebie Euro - tego wszystkiego nie było.

Ale największym osiągnięciem wrocławian na tych piłkarskich igrzyskach, oprócz niezwykłej promocji miasta, jest przełamanie stereotypowego wizerunku Polaka. Nasi goście poznali cywilizowany kraj i jego życzliwych mieszkańców. Irlandczyk zobaczył nagle, że ten mieszkający w jego kraju imigrant z Polski ma piękną ojczyznę, w której dzieci tegoż Irlandczyka mogłyby spokojnie żyć.

Dzięki temu, że grali u nas Czesi, Wrocław ma swój indywidualny wkład w zmianę polsko-czeskich stosunków. W oczach Czechów stereotypowy Polak to parafialny katolik, leniwy bufon żyjący w biednym, zacofanym kraju bez autostrad. Jakież było ich zaskoczenie podczas wizyty we Wrocławiu, w którym obcy człowiek po zwycięstwie Czechów nad jego drużyną dał im zmrożonego szampana, a setki innych oklaskiwało czeskich piłkarzy pod hotelem Monopol, choć ci zabrali im marzenia. Jakie było zdziwienie czeskich dziennikarzy, że nie turlają się po wyboistych duktach, a mkną normalnymi autostradami. Nie słyszałem też, żeby Polacy używali lekceważącego wobec Czechów określenia ''Pepiczki''. Widziałem za to tysiące wspólnie bawiących się osób.

Pieprzyć więc wyniki piłkarzy, my swoje Euro wygraliśmy.

wtorek, 26 czerwca 2012, meniki

Polecane wpisy