RSS
wtorek, 07 sierpnia 2012
Oddziały Kozaków będą wyganiać z Kraju Krasnodarskiego przybyszy z innych stron Rosji - zapowiada gubernator tego regionu Aleksandr Tkaczow. Przedstawiciele narodów kaukaskich oskarżają go o krzewienie nienawiści i żądają dymisji.
52-letni Tkaczow, w przeszłości jeden z potencjalnych kandydatów na gospodarza Kremla, zaskoczył rodaków, kiedy na naradzie z kierownictwem policji swego kraju opowiedział, w jak niebezpiecznej sytuacji znaleźli się Rosjanie mieszkający w tym położonym nad Morzem Czarnym regionie.

Zdaniem gubernatora ich ziemie przejmują obcy, przede wszystkim przybysze z Kaukazu Północnego. I jeśli temu nie przeciwdziałać, dojdzie do tego samego, co w bałkańskim Kosowie. A tam, jak niezbyt zorientowany w realiach dalekiego kraju gubernator wyjaśniał policjantom: - Początkowo było 80 proc. Chorwatów, a Albańczyków - 20 proc. Później, dosłownie w ciągu 50 lat, te proporcje się odwróciły. Zaczęli burzyć świątynie, narzucać swoją kulturę, religię, zaczęły się krwawe konflikty, mała wojna, wielka wojna. I tyle. Nie ma kraju, nie ma narodu, tysiące Chorwatów poszły na wygnanie - straszył wysoki urzędnik, nie widząc różnicy między Chorwatami, którzy nic wspólnego z Kosowem nie mają, a Serbami.

Tkaczow, który od 12 lat rządzi Kubaniem, jak tradycyjnie nazywa się tę urodzajną krainę, przyznał, że sam zawczasu nie połapał się, jak niebezpieczna jest ekspansja obcych.

- Myślałem, że między nami a Kaukazem jest jeszcze filtr - kraj stawropolski, nasi sąsiedzi, nasi bracia. Ale oni już stracili poczucie wspólnoty, solidarności, swoje kulturalne dziedzictwo. Na ich ziemie bez trudu podpełzają inne narody - przede wszystkim kaukaskie. A rosyjska część ludności czuje się na swojej ziemi obco - ze zgrozą stwierdził gubernator.

Ochronić Kubań przed smutnym losem Stawropola mogą i powinni Kozacy, potomkowie osadników, którzy przed laty odebrali tę ziemię plemionom kaukaskim i uczynili ją prowincją imperium carskiego. Administracja kraju weźmie więc na żołd w wysokości od 20 do 25 tys. rubli (2-2,5 tys. zł, co w tym regionie jest solidną zapłatą) tysiąc Kozaków, którzy od pierwszego września zaczną razem z patrolami nękać przybyszów spoza Kubania. Będą funkcjonariuszom bardzo pomocni, bo, jak tłumaczył gubernator policjantom: - To, co wam jest zabronione - Kozakowi wolno. W pewnym stopniu, na poziomie "poniatijnym" [to słowo oznacza bandycki kodeks postępowania zezwalający i nawet nakazujący uciekanie się do przemocy].

Innymi słowy, policjant nie może prać po pysku nahajką zatrzymanego na ulicy, a Kozak nie ma tak związanych rąk.

Kiedy Kraj Krasnodarski wezmą pod swoje skrzydła Kozacy, przybysze z Kaukazu szybko zrozumieją, że tu ich nie chcą, zaczną omijać Kubań szerokim łukiem i poszukają sobie miejsca gdzie indziej.

- Przekonają się, że tu są ludzie z Kubania, mocni chłopcy, którzy się nie patyczkują - obiecał gubernator.

To, że akurat on wyskoczył z pomysłem wyganiania jednych obywateli Rosji przez drugich wcale nie dziwi. Tkaczow jest następcą i dziedzicem Nikołaja Kondratienko zwanego Bat'ką Kondratem, który jako gubernator wzywał do "palenia Żydów" i wystąpił z teorią "semityzmu bez Żydów".

Pomysły Tkaczowa oburzyły przedstawicieli narodów kaukaskich. Przypominają oni, że Arsen Gałstjan, judoka, który zdobył dla Rosji pierwsze olimpijskie w Londynie, mieszka akurat w Kraju Krasnodarskim. Pytają, czy z takim nazwiskiem i niesłowiańską aparycją też będzie przepędzony z Kubania.

Alij Totorkułow, przewodniczący Prezydium Rosyjskiego Kongresu Narodów Kaukazu uważa, że za takie prowokacyjne wystąpienie gubernator powinien być co najmniej zdymisjonowany. - Tym, co powiedział Tkaczow, powinna się zająć prokuratura - oświadczył Totorkunow w rozmowie z dziennikiem "Kommerstant".

Zdaniem moskiewskiego adwokata Musy Plijewa, Tkaczow złamał paragraf 282. Kodeksu Karnego, który zabrania siania nienawiści religijnej i narodowej; powinien być za to ukarany.

Natomiast prof. Aleksiej Małaszenko, wybitny ekspert od spraw Kaukazu, uważa, że gubernator Kubania uderza w nutę nacjonalistyczną, bo po niedawnej tragicznej powodzi w Krymsku, która obnażyła bałagan panujący z regionie, jego kariera "zawisła na włosku".

To jest koło! Koło! - takimi okrzykami powitano w centrum kontroli lotu w Kalifornii pierwsze zdjęcie z Marsa, które już kilka minut po lądowaniu nadesłał łazik Curiosity. Niewiele było na nim widać, ale dało się rozpoznać zarys koła, które pewnie stanęło na Czerwonej Planecie
Wczoraj rano naszego czasu Curiosity (ang. ciekawość) usiadł na dnie Krateru Gale'a, nieco na południe od marsjańskiego równika. Po ośmiu miesiącach podróży i najbardziej skomplikowanym lądowaniu w dziejach - "siedmiu minutach grozy", jak mówiło się na korytarzach . Na Marsie była godz. 15, Słońce już chyliło się ku zachodowi.

Sygnał, że łazik jest na miejscu, przesłała amerykańska sonda Odyssey, która krąży wokół Czerwonej Planety. Chwilę potem znieruchomienie pojazdu potwierdziły jego czujniki bezwładnościowe. Adam Steltzner, odpowiedzialny za lądowanie, jeszcze bezgłośnie policzył do dziesięciu. Chciał się upewnić, że dźwig, który w ostatniej fazie opuszczał Curiosity, odleciał i nie przygniótł cennego pakunku. I dopiero wtedy dał sygnał: "Przyziemienie potwierdzone!". A centrum kontroli lotów w Laboratorium Napędu Odrzutowego (JPL) w Pasadenie w Kalifornii oszalało z radości, pracownicy NASA klepali się po plecach i rzucali się sobie w ramiona.

"To bezprecedensowy wyczyn technologiczny. Dziś na planecie Mars Stany Zjednoczone Ameryki przeszły do historii" - napisał wkrótce potem na Twitterze prezydent . I pogratulował NASA.

- Siedem minut grozy zmieniło się w siedem minut triumfu. Moja ogromna radość z powodu sukcesu może się mierzyć jedynie z ogromną dumą z całego zespołu - napisał John Grunsfeld, szef ds. nauki w NASA.

Amerykańska agencja kosmiczna rzeczywiście ma wielkie sukcesy i wprawę w eksploracji Czerwonej Planety. W niewielu dziedzinach tak wyraźnie widać jej przewagę technologiczną nad konkurentami. Rosjanom nie udało się jeszcze ani razu szczęśliwie wylądować na Marsie, choć się wielokrotnie starali (ostatnią porażkę poniosła w zeszłym roku misja Fobos-Grunt). Amerykanom powiodło się siedem na osiem prób.

Być może znowu pomogły orzeszki. Wpatrzeni w monitory i wyczekujący sygnałów z Marsa inżynierowie garściami sięgali po fistaszki. Bez nich nie może się już obyć żadna misja realizowana przez JPL w Pasadnie. Ta tradycja sięga lat 60. ubiegłego wieku, kiedy NASA bezskutecznie próbowała wysłać na Księżyc sondy serii Ranger. Powiodło się dopiero za siódmym razem, kiedy naukowcy z nerwów podjadali orzeszki. Od tego czasu wierzą, że przynoszą szczęście.

A było ono bardzo potrzebne. Wystarczyło, by zawiódł jeden z setek precyzyjnych manewrów, nie odpalił jeden z ponad 70 pirotechnicznych ładunków, które kolejno zwalniały osłony i sprężyny, a misja zakończyłaby się na starcie. Co więcej, Curiosity był zdany wyłącznie na siebie, naukowcy mogli jedynie nasłuchiwać kolejnych meldunków od łazika. A kiedy wybuchły owacje, tak naprawdę Curiosity od 14 min. spokojnie stał już na Marsie, bo tyle czasu biegnie stamtąd sygnał na Ziemię.

Sami swoi na państwowym cd. Dla działacza partyjnego, który stawia na administrację, Warszawa to miejsce wielkich możliwości. Często to partyjny klucz, a nie konkursy, decyduje o obsadzie stanowisk

Czekamy na Wasze listy. Napisz:



PO rządzi Warszawą od 2006 r. Wcześniej w koalicji z SLD, teraz samodzielnie. Drugą kadencję prezydentem jest Hanna Gronkiewicz-Waltz, wiceszefowa partii. Spośród 469 radnych (łącznie w dzielnicach i Radzie Warszawy) przeszło 200 reprezentuje PO.

Stołeczna administracja samorządowa to największy pracodawca w - zatrudnia ok. 30 tys. osób. Blisko 8 tys. pracuje w ratuszu. Reszta - w instytucjach samorządowych, którym podlegają kluczowe dziedziny: drogi, transport, edukacja, oświata, kultura, ochrona zdrowia, sport itd., oraz w 36 miejskich spółkach. Prezydent Gronkiewicz-Waltz podkreśla, że bierze pełną odpowiedzialność za obsadę zarządów i rad nadzorczych w miejskich spółkach. Zrobiła to po to, by w jej imieniu pilnowali majątku miasta. - Zasady uważam za dobre, nie zmienię ich - mówi Gronkiewicz-Waltz. - Moi przedstawiciele są w radach nadzorczych i tam zostaną. Jako prezydent odpowiadam za majątek tego miasta. Muszę zachować bieżący wpływ na to, co dzieje się w miejskich firmach.

Model wprowadziła w pierwszym roku prezydentury, mówiła o tym publicznie. - To są wzorce z Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju, gdzie pracowałam - tłumaczy. - W radach nadzorczych pracują merytoryczni urzędnicy. Nie zatrudniam rodzin, czyjegoś brata czy syna, ani działaczy PO jedynie dlatego, że mają legitymację partii. Kryterium była i jest fachowość. I nie jest tak, że wszyscy zasiadający we władzach spółek są z PO.

Sięga po statystyki. Rok 2006, gdy po raz pierwszy wygrała wybory: scheda po PiS to 54 spółki, 209 miejsc w radach nadzorczych, 91 posad w zarządach. W 2012, piątym roku jej rządów w stolicy, spółek jest 36. - Ubyło kilkanaście, co zawdzięczam kontroli moich współpracowników - mówi Hanna Gronkiewicz-Waltz. Do końca roku stan posiadania spadnie do 32 spółek. Kolejne statystyki. Rady nadzorcze miejskich firm - 145 osób. Wśród nich 36 z ratusza, 16 działa w partii. Zarządy spółek - 60 posad prezesów i ich zastępców. Trzy osoby wysłał ratusz, są bezpartyjne. Reszta to ''ludzie z zewnątrz'', siedmiu z legitymacjami Platformy.

Zasady a życie

Reguły obsady stanowisk dla prezydenckich emisariuszy są sztywne. Wiceprezydenci, skarbnik, sekretarz miasta i wybrani burmistrzowie dzielnic mają miejsca w radach nadzorczych firm strategicznych. To m.in. Miejskie Przedsiębiorstwo Wodociągów i Kanalizacji, Pałac Kultury, Miejskie Przedsiębiorstwo Oczyszczania, Miejskie Zakłady Autobusowe, Tramwaje Warszawskie. Do mniej znaczących spółek idą dyrektorzy z ratusza. W radach zarabia się średnio od kilkunastu do 40 tys. zł rocznie. Jest limit - dwie rady na człowieka.

Krzyszof Bugla (PO), burmistrz Żoliborza, jest w jednej radzie: Szybkiej Kolei Miejskiej. - Nie czuję się osobą z nadania politycznego - zastrzega Bugla. - Mam kompetencje. Jestem radcą prawnym. W radzie jestem od pięciu lat. Spółka w tym czasie bardzo się rozwinęła.

Inni członkowie rady SKM-ki z klucza partyjnego to Krzysztof Skolimowski (wicemarszałek Mazowsza z PO), Grzegorz Pietruczuk (wiceburmistrz Bielan i radny województwa z SLD). Rafał Miastowski, burmistrz Woli i sekretarz zarządu mazowieckiej PO, zasiada w radzie spółki zarządzającej nieruchomościami na Ochocie.

Strategiczną spółkę MPWiK kontroluje burmistrz Bemowa Jarosław Dąbrowski. Utrzymał zaufanie partii mimo głośnej sprawy przydziału komunalnego - dostała je mama zaprzyjaźnionej z burmistrzem urzędniczki. Przydział odbył się poza kolejką i z wątpliwym uzasadnieniem. PO wręczyła mu ''żółtą kartkę'', ale wkrótce ''jedynkę'' na wyborczej liście i ponownie stanowisko burmistrza.

Jedną radę nadzorczą ma także burmistrz Wilanowa Ludwik Rakowski. Jest w radzie Pałacu Kultury i Nauki, razem z kolegami partyjnymi - Mirosławem Korzebem, dyrektorem Teatru Guliwer, który kieruje radą, oraz Andrzejem Zygułą, byłym wiceburmistrzem Żoliborza. Z tego grona Rakowski jest najbardziej zapracowany. Oprócz posady burmistrza ma mandat radnego sejmiku, z rekomendacji PO jest jego przewodniczącym.

Inny polityk PO, były burmistrz Woli Marek Andruk obecnie prezesuje Miejskiemu Przedsiębiorstwu Taksówkowemu. Sprawdza się w biznesie podobnie jak Magdalena Rogozińska z bemowskiego koła Platformy, która stoi na czele Miejskiego Przedsiębiorstwa Usług Pogrzebowych. Andruk podkreśla, że jego umiejętności menedżerskie były znane. W latach 90. pracował jako dyrektor oddziału banku, a jako samorządowiec zasiadał w kilku radach nadzorczych. - Mam stosowne kursy. Stąd oferta. A konkursu nie było, bo nie ma takiego obowiązku - mówi.

Są też i takie spółki, które nie wiadomo właściwie, czym się zajmują. Przykład: Wola Sport sp. z o.o. (w likwidacji). Powstała w 2001 r., by zbudować pływalnię. Rok później zbudowała. Miejscy radni zadecydowali o postawieniu jej w stan likwidacji dopiero dwa lata temu. Mimo to Wola Sport istnieje do dziś. Szefem rady nadzorczej jest tam Jacek Duchnowski, działacz PO, wiceburmistrz Ursusa. Dostaje za to ok. 10 tys. rocznie. Teraz w ratuszu zapewniają, że spółka już ostatecznie zniknie do końca roku.

Radni sobie radzą

Osobna grupa członków rad nadzorczych to radni. Zasada jest taka, że radni Warszawy nie mogą zasiadać w radach nadzorczych miejskich spółek ani zarządzać tymi spółkami. Radnych sejmiku województwa to jednak już nie dotyczy. I tak mazowiecka radna PO Elżbieta Lanc - zwana ''wędrującą'', bo wcześniej była i w PiS, i w PSL - jest wiceprezesem zajmującego się wynajmem żurawi samochodowych miejskiego Przedsiębiorstwa Gospodarki Maszynami Budownictwa ''''. Pensja - ponad 88 tys. rocznie. Do 2011 r. dorabiała równocześnie w innej miejskiej firmie budowlanej (przejęło ją w tym roku MPO), gdzie miała pensję ponad 69 tys. rocznie. Oprócz tego zasiada w radzie nadzorczej MPWiK w 12-tysięcznym Węgrowie. Inna radna PO z sejmiku Urszula Kierzkowska jest burmistrzem Woli i zasiada w radzie nadzorczej Miejskiego Przedsiębiorstwa Robót Ogrodniczych.

W stołecznej drużynie PO najpopularniejsze są rajdy do instytucji podległych sejmikowi, gdzie Platforma ma koalicję z PSL, oraz do firm wojewody.

Numer jeden to Mazowiecka Jednostka Wdrażania Programów Unijnych. Szczególnie popularna jest w środowisku PO z Targówka. To właśnie tam ton nadaje wspomniany już wicelider miejscowych struktur Michał Jamiński, jednocześnie pracownik Mazowieckiej Jednostki.

Bardzo dobrze radzą sobie radni specjalizujący się w likwidacjach. Nieznana bliżej z wystąpień publicznych - autorka tylko jednej interpelacji - miejska radna PO Dorota Lutomirska w 2011 r. została likwidatorką podległego ministrowi skarbu Przedsiębiorstwa Budowlano-Usługowego ''Holbud''. W oświadczeniu za 2011 r. wykazała zarobki z umowy-zlecenia na ponad 136 tys. Od 2009 r. była zarządcą komisarycznym w tym przedsiębiorstwie. W 2009 i w 2010 r. też miała umowy-zlecenia na podobne kwoty. Chcieliśmy zapytać, co robi jako likwidator i jak się dostała na to stanowisko. Odmówiła rozmowy.

Z oświadczeń majątkowych klubu PO w radzie miasta wynika, że większość z 33 radnych pracuje w sektorze publicznym. Kariery nabierają tempa po roku 2007. Gdy do wygranej PO w Warszawie doszedł sukces krajowy, z urzędów, ministerstw, rad nadzorczych zaczęła się wyprowadzać poprzednia ekipa rządząca. Na liście pracodawców: Łazienki Królewskie, Ministerstwo Kultury, Kancelaria Sejmu, urząd marszałkowski, spółka Exatel, której głównym udziałowcem jest Grupa Energetyczna, Polski Holding Nieruchomości. Wśród rad nadzorczych Agencja Rozwoju Mazowsza, Szpital Mazowiecki w Garwolinie, Mazowiecki Regionalny Fundusz Pożyczkowy.

Premier nie chce konsultować rozporządzenia. - To sprawa ministra - mówi jeden z doradców Tuska. Koalicyjny PSL się burzy.


Jarosław Gowin chce zamienić blisko 80 sądów rejonowych w wydziały zamiejscowe. Tworzenie wydziałów zamiejscowych w ramach jednego sądu dałoby możliwość przenoszenia sędziów między miastami.

Według Gowina byłby to sposób na skrócenie czasu orzekania w sądach. Bo - jak tłumaczy minister - sędziowie są nierównomiernie obciążeni . W najmniejszych ośrodkach spraw jest stosunkowo niewiele, ale koszty utrzymania sądów są wysokie, bo prawie połowa zatrudnionych tam sędziów to funkcyjni.

Jednak reforma sądów budzi ostry sprzeciw koalicyjnego PSL. Ludowcy uważają, że to wstęp do likwidacji powiatów, a temu są przeciwni. Niechętna reformie jest też część PO.

Pomysł Gowina oprotestowała także Krajowa Rada Sądownictwa (), twierdząc, że zmiany mogą być próbą ominięcia przepisów konstytucji, która głosi, że przeniesienie sędziego do innej siedziby wbrew jego woli może nastąpić jedynie na mocy orzeczenia sądu i tylko w przypadkach określonych w ustawie. PSL i KRS zaskarżyły sprawę do Trybunału Konstytucyjnego. Terminu rozprawy jeszcze nie wyznaczono.

Jednak - jak informuje rzeczniczka resortu sprawiedliwości Patrycja Loose - Gowin zamierza jeszcze w sierpniu podpisać rozporządzenie. Ale przedtem będzie chciał zasięgnąć opinii premiera Donalda Tuska.

- Mamy taką sytuację, że koalicjant jest przeciwny wprowadzeniu rozporządzenia, więc premier powinien zapoznać się z projektem i ewentualnie zgłosić zastrzeżenia - mówi mi Loose.

W kancelarii premiera usłyszeliśmy jednak, że o przyjęciu rozporządzenia decyduje nie rząd, lecz minister i byłoby to zrzucanie przez Gowina odpowiedzialności za sporną reformę na Tuska. - Premier jasno powiedział w exposé, że oczekuje od ministra sprawiedliwości skrócenia czasu orzekania w sądach. Jak to zrobi, to jego sprawa - mówi jeden z rozmówców w kancelarii premiera.

Na razie - jak podaje Loose - Komitet Stały Rady Ministrów pozytywnie zaopiniował projekt rozporządzenia Gowina.

Szef klubu PSL Jan Bury uważa, że lepiej byłoby, gdyby minister sprawiedliwości wstrzymał się z podpisaniem rozporządzenia do czasu, aż Trybunał Konstytucyjny wyda swoje orzeczenie. - Myśmy apelowali o to do Gowina, bo jak się okaże, że rozporządzenie jest niezgodne z konstytucją, to trzeba będzie odwrócić reformę i powstaną dodatkowe koszty - mówi Bury. Dodaje, że niezależnie od decyzji ministra sprawiedliwości PSL złoży we wrześniu w Sejmie obywatelski projekt ustawy, który określi siedziby sądów rejonowych. - Chcemy jednoznacznie zabrać ministrowi możliwość określania rozporządzeniem siedzib sądów rejonowych. I będzie po problemie - tłumaczy Bury.

Również w PO słychać głosy, że Gowin niepotrzebnie upiera się przy reorganizacji sądów, bo oszczędności z reformy będą niewielkie - niespełna 2 mln zł, a za projektem PSL zagłosuje opozycja i reforma Gowina i tak przepadnie.

Oddziały Kozaków będą wyganiać z Kraju Krasnodarskiego przybyszy z innych stron Rosji - zapowiada gubernator tego regionu Aleksandr Tkaczow. Przedstawiciele narodów kaukaskich oskarżają go o krzewienie nienawiści i żądają dymisji.
52-letni Tkaczow, w przeszłości jeden z potencjalnych kandydatów na gospodarza Kremla, zaskoczył rodaków, kiedy na naradzie z kierownictwem policji swego kraju opowiedział, w jak niebezpiecznej sytuacji znaleźli się Rosjanie mieszkający w tym położonym nad Morzem Czarnym regionie.

Zdaniem gubernatora ich ziemie przejmują obcy, przede wszystkim przybysze z Kaukazu Północnego. I jeśli temu nie przeciwdziałać, dojdzie do tego samego, co w bałkańskim Kosowie. A tam, jak niezbyt zorientowany w realiach dalekiego kraju gubernator wyjaśniał policjantom: - Początkowo było 80 proc. Chorwatów, a Albańczyków - 20 proc. Później, dosłownie w ciągu 50 lat, te proporcje się odwróciły. Zaczęli burzyć świątynie, narzucać swoją kulturę, religię, zaczęły się krwawe konflikty, mała wojna, wielka wojna. I tyle. Nie ma kraju, nie ma narodu, tysiące Chorwatów poszły na wygnanie - straszył wysoki urzędnik, nie widząc różnicy między Chorwatami, którzy nic wspólnego z Kosowem nie mają, a Serbami.

Tkaczow, który od 12 lat rządzi Kubaniem, jak tradycyjnie nazywa się tę urodzajną krainę, przyznał, że sam zawczasu nie połapał się, jak niebezpieczna jest ekspansja obcych.

- Myślałem, że między nami a Kaukazem jest jeszcze filtr - kraj stawropolski, nasi sąsiedzi, nasi bracia. Ale oni już stracili poczucie wspólnoty, solidarności, swoje kulturalne dziedzictwo. Na ich ziemie bez trudu podpełzają inne narody - przede wszystkim kaukaskie. A rosyjska część ludności czuje się na swojej ziemi obco - ze zgrozą stwierdził gubernator.

Ochronić Kubań przed smutnym losem Stawropola mogą i powinni Kozacy, potomkowie osadników, którzy przed laty odebrali tę ziemię plemionom kaukaskim i uczynili ją prowincją imperium carskiego. Administracja kraju weźmie więc na żołd w wysokości od 20 do 25 tys. rubli (2-2,5 tys. zł, co w tym regionie jest solidną zapłatą) tysiąc Kozaków, którzy od pierwszego września zaczną razem z patrolami nękać przybyszów spoza Kubania. Będą funkcjonariuszom bardzo pomocni, bo, jak tłumaczył gubernator policjantom: - To, co wam jest zabronione - Kozakowi wolno. W pewnym stopniu, na poziomie "poniatijnym" [to słowo oznacza bandycki kodeks postępowania zezwalający i nawet nakazujący uciekanie się do przemocy].

Innymi słowy, policjant nie może prać po pysku nahajką zatrzymanego na ulicy, a Kozak nie ma tak związanych rąk.

Kiedy Kraj Krasnodarski wezmą pod swoje skrzydła Kozacy, przybysze z Kaukazu szybko zrozumieją, że tu ich nie chcą, zaczną omijać Kubań szerokim łukiem i poszukają sobie miejsca gdzie indziej.

- Przekonają się, że tu są ludzie z Kubania, mocni chłopcy, którzy się nie patyczkują - obiecał gubernator.

To, że akurat on wyskoczył z pomysłem wyganiania jednych obywateli Rosji przez drugich wcale nie dziwi. Tkaczow jest następcą i dziedzicem Nikołaja Kondratienko zwanego Bat'ką Kondratem, który jako gubernator wzywał do "palenia Żydów" i wystąpił z teorią "semityzmu bez Żydów".

Pomysły Tkaczowa oburzyły przedstawicieli narodów kaukaskich. Przypominają oni, że Arsen Gałstjan, judoka, który zdobył dla Rosji pierwsze olimpijskie w Londynie, mieszka akurat w Kraju Krasnodarskim. Pytają, czy z takim nazwiskiem i niesłowiańską aparycją też będzie przepędzony z Kubania.

Alij Totorkułow, przewodniczący Prezydium Rosyjskiego Kongresu Narodów Kaukazu uważa, że za takie prowokacyjne wystąpienie gubernator powinien być co najmniej zdymisjonowany. - Tym, co powiedział Tkaczow, powinna się zająć prokuratura - oświadczył Totorkunow w rozmowie z dziennikiem "Kommerstant".

Zdaniem moskiewskiego adwokata Musy Plijewa, Tkaczow złamał paragraf 282. Kodeksu Karnego, który zabrania siania nienawiści religijnej i narodowej; powinien być za to ukarany.

Natomiast prof. Aleksiej Małaszenko, wybitny ekspert od spraw Kaukazu, uważa, że gubernator Kubania uderza w nutę nacjonalistyczną, bo po niedawnej tragicznej powodzi w Krymsku, która obnażyła bałagan panujący z regionie, jego kariera "zawisła na włosku".

Tagi: religia
12:28, meniki
Link Dodaj komentarz »
Trzy tysiące gabinetów na Dolnym Śląsku sprawdzone. Tylko część nadal będzie miała kontrakty
Wiosną NFZ wykrył w tzw. ambulatoryjnych gabinetach specjalistycznych liczne nieprawidłowości: fikcyjny sprzęt na wyposażeniu, zatrudnianie fikcyjnych lekarzy i nieprawdziwe godziny przyjęć pacjentów.

Z tego powodu rozwiązał wszystkie umowy, które obowiązywałyby do 31 grudnia, rozpisał nowy konkurs i zapowiedział, że przed podpisaniem nowych umów skontroluje gabinety ubiegające się o kontrakt.

Zaprotestowały samorząd lekarski i organizacje pracodawców służby zdrowia. Argumentowano, że pokrzywdzeni będą pacjenci, którzy mogą dowiedzieć się o przymusowej zmianie lekarza. - Uważamy, że kontrole się opłacały, i będę je rekomendować w centrali NFZ - mówi Wioletta Niemiec, dyrektorka dolnośląskiego oddziału NFZ. - Wielu świadczeniodawców, którzy przedłużali z nami umowy, od lat niczego nie zmieniało w swoich gabinetach. Warto czasem przewietrzyć.

Niemal 50 pracowników NFZ od rana do wieczora przez ponad miesiąc odwiedzało gabinety i poradnie specjalistyczne na Dolnym Śląsku.

- W jednym z gabinetów poprosiliśmy o paszport USG, z którego wynikało, że urządzenie serwisowano ostatni raz w 2002 r. Pracownicy tłumaczyli się: "Napisali, żeby serwisować, ale nie napisali co ile" - opowiada rzeczniczka dolnośląskiego NFZ Joanna Mierzwińska. - W gabinecie dermatologicznym usłyszeliśmy, że "dermatoskop ma pani doktor, bo dzisiaj pracuje u konkurencji", chociaż urządzenie figurowało na liście wyposażenia poradni.

NFZ sprawdzał numery seryjne sprzętu, żeby ocenić, czy nie wędruje on między placówkami prowadzonymi przez jednego świadczeniodawcę. Byłoby to złamaniem warunków umowy.

Kontrolerzy wykryli 120 kolizji czasów lekarzy, co oznacza, że teoretycznie przyjmowali oni w dwóch lub więcej miejscach jednocześnie.

Maksymalnej liczby 100 punktów w konkursowym rankingu, na podstawie którego podpisywano umowy, nie osiągnęła żadna placówka. Najlepsi mieli ich ponad 80.

- Idealna poradnia specjalistyczna przyjmuje pacjentów co najmniej 36 godzin tygodniowo, ma nowoczesny sprzęt, czasem lepszy, niż oczekiwaliśmy, pomocnicze badania wykonuje u siebie, no i schodzi z ceny - wylicza dyrektor medyczny NFZ Michał Dzięgielewski.

Spośród 2880 gabinetów umowy ważne od 1 września podpisało 2150, co oznacza, że więcej porad świadczyć będzie mniej miejsc. Pacjenci będą za to przyjmowani o dwie godziny tygodniowo dłużej, średnio o 13 proc. wyższa będzie stawka za poradę.

Fundusz zapewnia jednak, że chociaż placówek będzie mniej, to pacjentowi nie będzie trudniej do nich dotrzeć. Temu ma zapobiec zmniejszanie tzw. obszarów kontraktowania. - W kilku specjalnościach, na przykład w alergologii i neurologii dziecięcej, kontraktowaliśmy nie gabinety na terenie całego województwa, ale w każdej z grup powiatów. Tak więc mieszkańcy rejonu jeleniogórskiego wreszcie będą mieli alergologa dziecięcego. Ale oczywiście może się jednak zdarzyć, że ktoś będzie miał lekarza dalej, ale za to ktoś inny bliżej - tłumaczy Mierzwińska.

Co te zmiany oznaczają dla pacjentów, którzy czasem od kilku miesięcy czekają na wizytę w konkretnej poradni? Część będzie musiała zmienić lekarza specjalistę. Poradnie, które nie dostały kontraktów, mają przekazać NFZ listy pacjentów ze swoich list kolejkowych, a ten poinformuje ich, gdzie będą mogli się leczyć.

Tagi: komedia
10:59, meniki
Link Dodaj komentarz »
Niemcy spierają się o poligon rakietowy III Rzeszy w Peenemünde. Politycy chcą go zalać, eksperci - wpisać na listę UNESCO
Zobacz

Trudno znaleźć miejsce, które bardziej łączyłoby ze sobą naukę ze zbrodnią niż Peenemünde. W latach 30 XX w. w tej miejscowości na północnym skraju wyspy Uznam założyli wojskowy ośrodek badawczy, w którym pracowano nad silnikami rakietowymi.

W Peenemünde skonstruowano i odpalono Aggregat 4 - pierwszą w historii rakietę, która przekroczyła granicę kosmosu. Do historii przeszła jednak pod inną nazwą. Pod koniec wojny ponad 3 tys. rakiet V-2 (tak aggregaty ochrzciła propaganda Goebbelsa) odpalono na , Antwerpię i inne kontrolowane przez aliantów miasta.

Ataki miały odwrócić losy wojny, ale nie spowodowały wielkich zniszczeń. W Wielkiej Brytanii doprowadziły jednak do wybuchu paniki - bo przed rakietami z Peenemünde nie można się było bronić. V-2 do dziś jest jednym z symboli okrucieństwa II wojny światowej.

Ale to nie cała historia Peenemünde. Przy konstrukcji rakiet Niemcy zatrudnili więźniów założonego przy ośrodku obozu koncentracyjnego, a także polskich i radzieckich robotników przymusowych - w sumie kilka tysięcy osób.

W sierpniu 1943 r. ośrodek zaatakowały bombowce RAF. Pilotom za jeden z celów wskazano budynki, które brytyjski wywiad wziął za kwatery konstruktorów rakiet. W rzeczywistości były to baraki więźniów. Setki zginęły od alianckich bomb.

Rozebrać tamę i zalać

Dziś dawny poligon jest solą w oku lewicowych polityków rządzących landem Meklemburgia-Pomorze Przednie. Tamtejszy minister kultury chciał zalać jego teren wodami Bałtyku. Oficjalnie władze chcą w ten sposób podnieść walory ekologiczne Uznam. Ale nieoficjalnie - zniszczyć pozostałości po nazistowskim ośrodku.

Zdaniem mieszkańców wyspy, którzy ostro sprzeciwiają się tym planom, woda zaleje nie tylko łąki i ruiny bunkrów, z których obserwowano starty rakiet. Zagrozi także zbudowanej przy poligonie zabytkowej elektrowni, w której dziś działa muzeum poświęcone budowanym w III Rzeszy rakietom. Zniszczeniu ulegnie też kilkaset innych obiektów, które też mają zabytkową wartość.

- To ucieczka od niewygodnej historii. Władze landu idą po najmniejszej linii oporu - mówi prof. Leo Schmidt, specjalista od ochrony zabytków z politechniki w Cottbus. Jego zespół zaproponował, by dawny poligon w Peenemünde wpisać na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. - Na liście są głównie zamki i pałace. Potrzeba więcej obiektów związanych z tragiczną historią XX w. Peenemünde pasuje tu jak ulał, tym bardziej że lista UNESCO będzie wkrótce poszerzana.

Nie chodzi tylko o wojnę. To na terenie ośrodka rozpoczął się podbój kosmosu. Konstruktor V-2 Wernher von Braun po wojnie poddał się z zespołem Amerykanom i rozkręcał amerykański program kosmiczny. W 1969 r. skonstruowana przez niego rakieta Saturn V wyniosła ludzi na księżyc. W von Braun - mimo pracy na rzecz III Rzeszy - jest do dziś uznawany za bohatera.

Część jego współpracowników miała mniej szczęścia. Wzięci do niewoli przez NKWD pracowali w obozach przy radzieckim programie kosmicznym.

- Na poligonie tworzono historię - mówi Schmidt. O znaczeniu ośrodka i konieczności wpisania go na listę UNESCO sporządził kilkusetstronicowy raport. Pomysł podchwycili politycy CDU, ale władze landu schowały go do szuflady.

Wyburzanie architektury Hitlera

Zalanie Peenemünde nie byłoby precedensem. Tuż po wojnie rozebrano ruiny Kancelarii Rzeszy w Berlinie. Amerykanie okupujący Bawarię wysadzili też ruiny alpejskiej rezydencji Hitlera w Berchtesgaden. Alianci chcieli usunąć miejsca, do których mogliby pielgrzymować neonaziści. W Berchtesgaden przemielono nawet granitowe płyty, którymi były wyłożone posadzki.

Osiem lat temu rozebrano zbudowaną w 1935 r. Halę Nibelungów w bawarskim Passau. W gmachu regularnie odbywały się zjazdy neonazistowskiej partii NPD. Brunatni politycy czuli się tam jak ryby w wodzie, a miasto, skoro płacili za wynajem, nie mogło ich z hali wyrzucić. Rozbiórka była jednym wyjściem.

Podobny los spotkał halę sportową w Berlinie Zachodnim, którą wybudowano na olimpiadę w 1936 r. A także wiele innych obiektów.

Dwa lata temu wybuchł spór o niemiecki pawilon wystawowy, który wzniesiono w latach 30. XX w. w weneckim parku Giardini, gdzie odbywa się słynne Biennale. Arno Sighart Schmid, szef niemieckiej izby architektów, zażądał rozbiórki nazistowskiego budynku, bo "nie odpowiada demokratycznemu rozumieniu państwa". Pawilon na razie stoi, bo Włosi uznali go za zabytek.

Niemiecka architektura z lat 30. i 40. wywołuje kontrowersje, bo zgodnie z zamysłem Hitlera, który sam był niespełnionym architektem, miała szerzyć nazistowską ideologię. - To słowa ze skał - tak mawiał Hitler o gmachach, które zaczęły wyrastać jak grzyby po deszczu, gdy przejął władzę.

Szczytowym osiągnięciem nazistowskiej architektury miała być przebudowa Berlina. Na miejscu znienawidzonego przez Hitlera proletariackiego miasta planowano wznieść monumentalną Germanię. Jej sercem miała być gigantyczna Hala Ludowa z kopułą o średnicy 250 m.

Minister w brunatnych murach

Niemcy byli zazwyczaj łaskawi dla brunatnej architektury. Zwyciężył pragmatyzm - mimo denazyfikacji kraju wyburzanie tysięcy obiektów, w tym osiedli, zakrawałoby na absurd. A gmachy z czasem całkowicie wtopiły się w krajobraz.

Pod koniec lat 80. tygodnik "Der Spiegel" alarmował, że na terenie zapuszczonego kompleksu w Norymberdze, gdzie NSDAP organizowała wielkie partyjne zjazdy, bezkarnie szaleją wandale. Wielu mieszkańców nie miało pojęcia o przeszłości obiektu.

Niektóre budowle obrastały w nowe historie. Lotnisko Tempelhof kojarzy się teraz przede wszystkim z czasami powojennej blokady Berlina Zachodniego i alianckiego mostu powietrznego, który ocalił miasto. Podczas rozgrywanych w 2006 r. w Niemczech mistrzostw świata w nożnej nie pytano o przeszłość berlińskiego stadionu olimpijskiego. Jego surową bryłę złagodzono zresztą, dodając samonośny dach.

Dziś nikomu nie przeszkadza, że minister finansów urzęduje w monumentalnym gmachu, który wzniesiono w Berlinie w latach 30. dla ministra lotnictwa Hermanna Göringa. Ani to, że po zjednoczeniu Niemiec MSZ zajął przebudowany przez nazistów gmach banku Rzeszy, w którym notabene w czasach NRD mieścił się komitet centralny partii komunistycznej.

Dlaczego więc władze Meklemburgii chcą pozbyć się poligonu w Peenemünde?

- Mamy po prostu problem z takimi obiektami. Peenemünde to powód do wstydu, a nie dumy. Tyle że w tym przypadku politykom zabrakło umiaru - mówi prof. Schmidt.

Na razie o wpisaniu Peenemünde na listę UNESCO w Niemczech się nie mówi. Władze landu uznały, że pomysł nie dojrzał i zgłosiły kandydatury zamku w Schwerinie oraz opactwa cysterskiego w Bad Doberan. - W tych zabytkach nie ma nic wyjątkowego. Na wpis nie mają szans - uważa prof. Schmidt.

Po trwającej osiem miesięcy podróży łazik Curiosity szczęśliwie wylądował na powierzchni Czerwonej Planety. Tuż po wylądowaniu robot przesłał pierwsze, czarno-białe zdjęcia.
Dla pracowników Jet Propulsion Laboratory to była pełna napięcia noc. Po ośmiu miesiącach podróży łazik Curiosity miał wylądować na Marsie. Podejście do lądowania nazwano "7 minutami grozy". Nie bez przyczyny. Kapsuła zawierająca zdalnie sterowaną sondę najpierw musiała bezpiecznie przejść przez atmosferę Marsa, a następnie zmniejszyć prędkość dzięki odpowiedniemu ustawieniu swojej pozycji podczas lotu. Potem z opadającej na spadochronie kapsuły miał zostać uwolniony latający dźwig, który opuścił łazika na powierzchnię.

Na szczęście, cała skomplikowana, wieloetapowa operacja się udała. O 7:32 polskiego czasu Curiosity wylądował na powierzchni Marsa. Sygnał potwierdzający bezpieczne lądowanie wywołał w centrum kontroli misji w Pasadenie burzę oklasków i radosnych okrzyków. Kilka minut po lądowaniu na Ziemię dotarły pierwsze czarno-białe zdjęcia wykonane przez kamery Curiosity - na jednym widać koło łazika, a na drugim jego cień, rzucany na powierzchnię planety.

- Udane lądowanie Curiosity - najbardziej zaawansowanego łazika-laboratorium, jaki kiedykolwiek wylądował na obcej planecie - to bezprecedensowe dokonanie technologiczne - przyznał prezydent .
Spółka, w której udziały ma Jan Bury - szef klubu parlamentarnego PSL i do niedawna wiceminister skarbu - zarabia miliony na kontraktach z państwową Agencją Rynku Rolnego. Ostatnio na dżemie. I Agencja, i Bury zapewniają, że sprawa jest czysta.
Dzieje się to w ramach programu "Dostarczanie żywności najuboższej ludności Unii Europejskiej 2012", który realizuje państwowa ARR. O Agencji stało się głośno przy okazji afery kamerowej. W nagranej rozmowie szef kółek rolniczych Władysław Serafin mówi z byłym prezesem ARR Władysławem Łukasikiem o nepotyzmie w spółkach związanych z resortem rolnictwa.

W tym roku Komisja Europejska przeznaczyła na program "Dostarczanie żywności..." pół miliarda euro. Oprócz Polski uczestniczy w nim 19 państw. Jesteśmy trzecim krajem, po Włoszech i Hiszpanii, pod względem wielkości programu - dostaliśmy ponad 75 mln euro.

Korzysta na tym m.in. spółka Makarony Polskie. 8 czerwca ARR podpisała z nią umowę na dostarczenie dla organizacji charytatywnych ponad 4 tys. ton dżemu wiśniowego. Kontrakt opiewa na 16,7 mln zł. Dżem ma trafić do Caritasu, a Caritas rozda go m.in. bezdomnym i bezrobotnym. Słodkości będą dostępne w 47 magazynach Caritasu.

O kontrakt ARR - jak informuje rzeczniczka Agencji Iwona Ciechan - walczyło dziewięć przedsiębiorstw. Dlaczego kontrakt zdobyły Makarony? - Zaoferowali dostarczenie największej ilości dżemu - tłumaczy Ciechan.

W Makaronach 7,5 tys. akcji ma Jan Bury, szef klubu parlamentarnego PSL, lider podkarpackich ludowców. Od 2007 r. wiceminister skarbu państwa, w zeszłym miesiącu podał się do dymisji. Jego żona Urszula Rogóż-Bury ma ok. 12,7 tys. akcji, jest też członkiem rady nadzorczej Makaronów. Ale jednocześnie pracuje w rzeszowskim oddziale ARR - kieruje komórką administracji.

Makarony od 2007 r. współpracowały z ARR - miały umowy na dostarczanie 7 tys. ton makaronów typu krajanki i świderki (kontrakt za 3,5 mln euro). Produkty, które zamówiła ARR we wcześniejszych latach, trafiały do Federacji Polskich Banków Żywności, Caritasu i Polskiego Komitetu Pomocy Społecznej. Ostatni kontrakt jest realizowany tylko dla Caritasu.

Agencja twierdzi, że sprawa jest czysta: - Liczne kontrole oraz audyty krajowe i unijne potwierdzają bez zastrzeżeń poprawność realizacji programu - zapewnia Ciechan.

Pytamy o kontrakt posła Burego. Zapewnił w mailu, że nie miał wpływał na jego podpisanie: - To absurdalne. Nie mam szczegółowej wiedzy na temat kontraktów firmy Makarony Polskie i ARR. Makarony są spółką publiczną, notowaną na giełdzie i komunikują się z rynkiem według wymogów i standardów prawa - stwierdził.

Zapewnił też, że zakres obowiązków żony w ARR nie obejmuje - zarządza ona m.in. infrastrukturą i logistyką, nadzoruje bieżącą konserwację i naprawę sprzętu biurowego oraz innych urządzeń.

- Nie ma żadnego wpływu na organizowane w centrali. To tak, jakby insynuować, że pracownik administracyjny Agory w Rzeszowie miał wpływ na okładkę "Dużego Formatu" redagowanego w . Sugerowanie iż szeregowy pracownik regionalnego oddziału ARR, w której pracuje około 1000 osób, ma jakikolwiek wpływ na rozstrzygnięcia komisji przetargowych centrali Agencji, ociera się o groteskę - ocenia poseł Bury.

Pytamy, czy spółka, w której znaczące udziały ma ważny parlamentarzysta, powinna podpisywać kontrakty z państwową instytucją. - Taki tok rozumowania prowadzić może do wniosku, że gdy polityk będzie posiadać znaczący pakiet akcji PKN Orlen, to powinno to oznaczać, że płocki koncern nie może starać się o kontrakty na dostawy paliw do państwowych czy samorządowych instytucji, mimo że w ofercie miałby tańsze niż konkurencja paliwa. Albo np. gdybym posiadał akcje Agory, to Ministerstwo Skarbu Państwa, w którym do niedawna pracowałem, nie powinno prenumerować "Gazety Wyborczej" czy zamieszczać w niej swoich ogłoszeń lub reklam spółek nadzorowanych przez MSP - odpowiada poseł Bury.

Spółka Makarony nie odpowiada na nasze pytania.

Rok temu Bury - według CBA - złamał ustawę, która pozwala urzędnikom państwowym kupić tylko do 10 proc. udziałów w spółkach prawa handlowego. Bury w styczniu 2011 r. kupił 50 proc. udziałów w spółce SO-RES, która nie prowadziła w tamtym czasie żadnej działalności, ale w katalogu możliwych ma m.in. handel energią elektryczną. Bury, który w ministerstwie odpowiadał za ten sektor, sprzedał udziały i przyznał, że złamał ustawę, gdy sprawa wyszła na jaw.

Tagi: foto USA
06:27, meniki
Link Dodaj komentarz »
Wichura, która przeszła w niedzielę nad miejscowością Borowy Młyn, przewaliła drzewo. Jeden z konarów spadł na 11-letnią harcerkę. Dziewczynka nie żyje.
W niedzielę ok. godz. 16.45 nad północą województwa przeszła nawałnica. Silny wiatr wiał m.in. w okolicach jeziora Wędromierz (powiat międzyrzecki), nad którym odbywał się obóz harcerski. Opiekunowie zarządzili ewakuację z namiotów, ale dziewczynka nie zdążyła wybiec ze swojego, gdy spadł na niego konar i przygniótł .

Mimo udzielonej pomocy, dziewczynki nie udało się uratować. Jak udało się nam ustalić, dziewczynka jest z Poznania. Sprawę bada prokuratura.

Dzisiaj zapowiadane są kolejne burze na północy regionu.

Tagi: Londyn
04:54, meniki
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 28
Tagi